Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Impresje kinowe na rok 2012

…czyli odysei filmowej część druga.

Miałam tu publikować więcej, nie publikowałam wcale, za to rozgrzebanych tekstów przybyło. Miłe, że mam o czym pisać, ponure że kończenie mi słabo idzie. Tematów jest niemało, bo jeśli rok 2012 miał dla mnie w ogóle jakąś zaletę, to była nią zwiększona aktywność teatralna, którą zamierzam a) utrzymać, b) opisać w następnej notce.
Czas na podsumowania i początki. Nowy początek bloga konkretnie, w postaci drugiej już kolekcji relacji powstałych na gorąco po wyprawach do kina.

– To nie był film mądry ani dobry. Był za to wielce rozrywkowy i zabawny. My w każdym razie miałyśmy dużo frajdy, szczególnie cieszyły cytaty (choć węszę dziury w kontinuum);
– Dla samego dziadka-Brunera warto iść. Był PRZEUROCZY! ("No Hans, nie dąsaj się.");
– Ktoś tam musiał być Stirlitzem;
– Kostiumy były super, a lista grup rekonstrukcyjnych długa;
– Ach, te niemieckie mundury, nawet dziadkowie w nich świetnie wyglądają;
– Wojsko hitlerowskie buduje sprawnie, radzieckie obozy pracy dobrze robią na cerę, wody w kranie może nie być 30 lat i nikt nie sprawdzi czemu, a polski jest językiem uniwersalnym;
– Każdy kontrwywiad powinien mieć speca od udawania lumpa w dowolnym języku;
– Mikulski i Karewicz, Kloss i BRUNER, czego chcieć więcej? (Poza innym aktorem niż Kot na młodego Klossa, dobry w tej roli nie był).
Tylko niech mi ktoś powie, za co Kloss siedział, on chyba akurat był po tej właściwej dla ówczesnych władz stronie?
A, i jeszcze jedna myśl: eteryczne blond Niemki twarde są, potrącił taką samochód, przesłuchiwali ją, zrzucili ze schodów, zawalił się na nią budynek, a ona jeszcze zdołała Klossowi wyznać co trzeba.

"I wanted the hurtling moons of Barsoom..." Dostałam je i całkiem mi się spodobały. Sama jestem zaskoczona, ale to był całkiem dobry film. Naprawdę niezły.

– Fajny, trochę steampunkowy design. Niektóre sceny przywiodły mi daleko na myśl widowiska historyczne z lat dawnych typu "Ben Hur" czy "Kleopatra". Miejscami miałam też przebitki z "Ostatniego samuraja";
– Stworzonka z typu "przedziwne paskudy, ale jakie słodkie";
– Główny bohater jest reprezentantem całkiem sympatycznego gatunku sukinsyna. Dla pań multiklasująca księżniczka-wojowniczka-naukowiec;
– Niektóre rzeczy zostały w niedopowiedzeniu, ale przypuszczam, że mogło to im wyjść na dobre. Raz czy dwa mi zgrzytnęło, ale nie przeszkadza to w odbiorze filmu;
– Jakbym ja miała broń masowej zagłady, to bym się nie tłukła na miecze, ale czego wymagać od barbarzyńcy;
– Historia życia Johna Cartera składa się z wielu momentów, w których budzi się i nie wie, gdzie jest;
– Scena "ach, nie, ma mój miecz" mistrzowska.
Mam ogromną ochotę przeczytać książkę. Na razie mam o niej pojęcie bardzo ogólne, więc zwyczajnie nie wiem, jak dalece ekranizacja trzyma się jej lub od niej odbiega. Nawet jakby ją brutalnie gwałciła, bym nie zauważyła.

Podsumowując: film sympatyczny, ładnie zrobiony, z pomysłem. 
Serio myślę nad obejrzeniem go jeszcze raz.

Prosto z podświadomości zbiorowej ludzkości, z niezrealizowanego dotąd w pełni potencjału kultury masowej nadeszło to, co nadejść musiało: naziści z ciemnej strony księżyca, czyli "Iron Sky"!
– Cukierek dotąd tylko lizany przez papierek, teraz rozwinięty w pełnej krasie: po co tylko nawiązywać tylko do stylistyki III Rzeszy, jak możemy napuścić na widza IV?;
– Jak się okazuje, zaangażowane mowy o ojcach, dziadach i sztandarach to nieśmiertelna klasyka. Dalsza część tego wierszyka też;
– Film świetnie się ogląda, jest widowiskowy mimo braku 3D, z balansowania na skraju zabawności i głupoty wychodzi raczej zwycięsko, a smaczki takie jak różnice technologiczne, czy "Dyktator" jako wybitny film krótkometrażowy urzekają;
– Bardzo ładny angielski, wyraźny niemiecki i zawodowy angielski z niemieckim akcentem;
– Przykro mi, ale pani Renate najlepiej wyglądała w nazistowskim mundurze (po to były w końcu zaprojektowane, żeby trudno było w nich wyglądać źle, Hugo Boss chłamu nie produkuje), trochę gorzej w jego popowej wersji, a jako stylizowana tleniona amerykanka z oklapniętymi włosami zrobiła się nieciekawa.

No i oczywiście pokój... I lekarstwo na chorobę toczącą ludzkość. I inne takie szlagiery.

Fajne, kolorowe. Godnie podąża śladami poprzednich filmów z serii, nawet bardziej godnie niż niektóre z nich. Podobało mi się, w przeciwieństwie do komiksowego pierwowzoru, który trawiłam tylko w wersji "Ultimates" (co wiele tłumaczy).
– Budynek Starka to była naprawdę duża strzelba na ścianie;
– Joss Whedon zrobił to co zwykle, czyli namierzył lubianą postać, a następie odstrzelił ją, nie dał dokończyć ostatniego zdania i uczynił z jej śmierci punkt istotny dla fabuły. Z małą pomocą Nicka Fury’ego;
– Prześlicznie się kłócili;
– Ładny wątek Hawkeye'a w pierwszej połowie filmu, broni obecności tej postaci w filmie. W drugiej w walce w zwarciu strzelał do kosmitów z łuku;
– Loki szczerzył się jakby bardziej niż w "Thorze". Riposta Hulka na jego wynurzenia na temat bycia bogiem, istotą nadrzędną itp. była mistrzowska;
– Bruce Banner trzymający sztamę z Tonym Starkiem mnie rozczulił. Podobne zainteresowania, zbliżony poziom technobełkotu... i Tony jako jedyny zamiast się czaić, na głos mówił o Hulku i dźgał Bannera eksperymentalnie śrubokrętem, swój chłop po prostu;
– Pepper jak zwykle słodka, a scena, w której nie odbierała telefonu była strasznie smutna. Ale pewnie gdyby odebrała, to Iron Man by nie dożył końca filmu;
– Po co komu hakowanie bazy danych, skoro można oldschoolowo włamać się do magazynu?;
– Chitauri (nie Scrulle!) z bronią "podobną do broni, której używała Hydra" to kolejny - po Samuelu L. Jacksonie grającym Nicka Fury'ego - dowód, że filmowemu uniwersum bliżej do Ultimate Marvel, niż "klasycznego" świata Marvela.

Co jeszcze...? Kosmiczne żółwie! I Thanos. Oraz Rękawica Nieskończoności. I wszystko jasne.

Zaskakująco fajny film o załamaniu nerwowym, schizie i halucynogennych grzybkach.
Zaskoczył mnie (pozytywnie) tym, że przypominał oldschoolowe baśnie-fantasy, które oglądałam za młodu. Trudno mi powiedzieć czym dokładnie, trochę konstrukcją, trochę schizoidalną estetyką... I nie, naprawdę nie tym przeklętym białym koniem, który nie dość że w ogóle był bez sensu, to jeszcze swoim utopieniem się w bagnie przypomniał mi, czemu jako dziecko bałam się „Niekończącej się opowieści”.
Film ładnie zrobiony, niepokojący estetycznie, dla mnie miejscami ocierający się o horror (grzyby z oczyma... halucynogenne purchawy... elfy-pasożyty wychodzące z brzuszków zwierzątek...). Ciekawa muzyka. Dość luźno nawiązujący do bajkowego pierwowzoru. W pewnym sensie otwarte zakończenie. Można się przyczepić do kilku usterek fabularnych, ale w ostatecznym rozrachunku niemal wszystko nabiera sensu.
Wreszcie produkcja, w której widać, że tarcze jednak do czegoś w walce służyły. Królowa od samego początku wykazuje wyraźne objawy załamania nerwowego, i przyznam, że to rozwiązanie ma swój urok. Łowca wedle wikipedii nazywa się Eryk, ale jestem gotowa przysiąc, że jego imię ani nie padło ani razu w filmie, ani nie pojawiło się w napisach. I chyba w trailerze jabłko zachowało się inaczej niż w filmie.
Warto się przejść.

Oczywiście Śnieżka się nie uśmiecha, ale podejrzewam, że twarz tej aktorki... hm... nie ma warunków fizycznych do uśmiechania się.

Hmm. Po pierwsze, poprzednia część cyklu o Batmanie była lepsza. Ale w tej były znalazły się godne uwagi fragment. Np.:
– Selina Kyle była urocza, tak z zachowania, jak i wyglądu - jak pominąć długie włosy i wyglądała jak z moich ulubionych okładek Adama Hughesa (który o ile pamiętam inspirował się Audrey Hupburn);
– Bruce Wayne/Batman, którego jak na film o Batmanie wcale nie było tak dużo, głównie cierpiał, ale dość interesująco. No i, jak wiemy, Batman potrafi w dobrej wierze bardziej zaszkodzić niż pomóc;
– Plottwist był świetny. W każdym razie mi się spodobał, nie spodziewałam się go, mimo że we właściwym miejscu historia mi zazgrzytała;
– Bane, jak na kogoś o wyglądzie pana na sterydach, mówi zaskakująco kulturalnym angielskim;
– Strach na wróble w roli sędziego!
Ale tak poza tym...
Zwykle to ja jestem osobą, która akceptuje dziury w fabule i dośpiewuje sobie ich wyjaśnienia. Nie tym razem. Tym razem nadmiar myślenia mnie zgubił.
No dobrze, przyznaję, pomimo fajnych fragmentów, nie czuję się specjalnie powalona tym filmem. Dokładnie mówiąc od pewnego momentu mnie irytował. Zaczął chwilę po tym, jak przestałam się zastanawiać, czy to ja, czy to za wcześnie, czy w porównaniu z poprzednią częścią ta jest mięczacka.
Mój niezbyt pozytywny odbiór chyba wynika głównie z tego, że nie kupiłam połączenia terroryzmu z rewolucją francuską i stanem wojennym (obowiązkowo był śnieg). Mam problemy ze zrozumieniem motywacji Bane'a, po prostu nie trzyma się ona dla mnie kupy. W przypadku Jokera sytuacja była jasna - brak motywacji, brak samoopanowania, czysty chaos, to właśnie było przerażające, a tu?
Poza tym nie wiem, kto robił tę niby-rewolucję Bane'a, tylko jego armia? Uwolnieni przestępcy? Czy brali w tym udział zwykli obywatele, czy nie (tego fragmentu, znaczy reakcji obywateli mocno mi brakowało)? Kto odciął Internet, bo wyraźnie nie działał? Jak Bruce dostał się do odciętego miasta? Nurkował pod lodem? Zrzucili go w nocy na czarnym spadochronie? Czy naprawdę nikt, ani rząd USA, ani inne kraje przez pięć miesięcy nie zrobili nic? Tak po prostu gapili się na Gotham? W pewnym momencie poczułam się jak na filmach Michaela Bay'a, bo nie wiedziałam, kogo powiesili i kto gdzie jest, ale to dlatego, że usiłowałam rozgryźć poprzednie zagadnienia.
Dodatkowym problemem był upływ czasu. Teoretycznie był pokazany w urywanych scenkach podczas czytania przez Bane’a publicznie listu, ale złapałam się na tym, że dopóki nie zostało to powiedziane wprost, nie byłam w stanie określić, czy minął dzień, tydzień czy miesiąc. Łatwiej było wnioskować po Waynie, niż po Gotham.
Cały czas się zastanawiałam, czy mam problem z pojęciem, o co właściwie Bane'owi chodzi, bo a) moja wiedza komiksowa nie ogarnia w ogóle tej postaci, b) nie pamiętam pierwszego filmu, c) to bełkot. Okazało się, że d) za bardzo starałam się myśleć i analizować to co on mówi, w nadziei na sens. Jeśli się tego nie robi i akceptuje wyniki, wychodzi się na tym lepiej.

Wniosek: na tym filmie nie należy analizować. Wtedy jest fajniejszy.

Sympatyczny, ładnie zrobiony, bezpretensjonalny film. Tatuś Meridy mnie rozbrajał, impreza Szkocka brzmiała trochę jak mecz, a umiejętność przejścia przez to tłukące się bydło za pomocą samej aury prawowitego autorytetu to rzecz godna podziwu. Trzy małe potwory zbliżające się powoli, ale nieubłaganie były ciut przerażające. No i ktoś tam miał małą obsesyjkę na tle misiów (i "wyrobów miśkopodobnych").
Poza pewnym problemem ze zrozumieniem na czym właściwie polegał problem z zaklęciem, co prawdopodobnie wynikało zresztą z niezbyt zgrabnego doboru słów (przez tłumacza?) i drobnej wątpliwości, kiedy właściwie nasza bohaterka zdążyła się przebrać, nie mam większych uwag. Fajnie się oglądało. Nawet scena po napisach była.
Tyle, że to nie jest film dla małych dzieci, chyba że chce im się zafundować traumę jak od wilków z Pana Kleksa, tyle że od niedźwiedzi.

Ja też chcę mieć takie włosy... :P


Następnym razem, sztuka (nieco) wyższa, czyli teatr.

sobota, 3 marca 2012

Impresje kinowe na rok 2011 i miesiące okoliczne

…czyli odysei filmowej część pierwsza.

Obiecywałam sobie, że będę regularnie tu coś publikować, chwilowo jednak cierpię na nadmiar pomysłów niedokończonych, pomysłów rozgrzebanych i pomysłów nieruszonych. Wyraźnie potrzebuję czegoś na rozpęd. Oto więc podsumowanie mojej aktywności kinowej w roku 2011 (oraz końcówce 2010 i początku 2012), czyli zebrane do kupy krótkie notki, które po powrocie z kina zamieszczałam na portalach społecznościowych. Owszem, ja też widzę pewien wzór w doborze repertuaru.

3… 2… 1… 0… Kamera! Akcja!

Byłam na filmie "Red". Jakie to było urocze! Jak będę duża, to też chcę być taką Victorią!

Ha! Nareszcie Hiszpanie robiący to, co Hiszpanie robić powinni.

Kryptycznie mówiąc: amerykańska wersja "granicy na Uralu".
Fajne, podobało mi się. Niezły dobór bohaterów. Nie sądziłam nigdy, że pomyślę, że Mystique jest słodka. Mało Azazela, ale ładnie używał mocy, plus ktoś musi spłodzić Nightclawlera. Angel nieco mniej okropna niż w komiksie. Rozumiem czemu wymienili Warrena na nią, ale przesłanie "dziwka to nie zawód tylko charakter" w jej kontekście pasuje.
Hellfire Club - urocza estetyka wnętrz, sooo 60ties. Plus poprawność (nikt nie palił…).
Przeszłość Sebastiana Shawa - sensowny dodatek. Kryzys kubański wynikiem intrygi zbrodniarza wojennego. Hmmm. Tak, myślę, że mogę to kupić. :P
A oto zwycięzcy w konkursie na:
Najlepsza reakcja na rekrutację - "Go fuck yourself."
Najgorsza romantyczna zagrywka - "Wiesz, że ludzie wyglądający jak ty nigdy nie będą uznawani za pięknych?" (czyli "Lepiej ci w tej torbie na głowie". To może od razu "Jesteś brzydka"?)
Najgorszy tekst motywacyjny skierowany do Żyda z traumą wojenną - "Nie zabijaj ich. Oni tylko WYKONUJĄ ROZKAZY!"

Kolorowe, mordercze, epicka skala. Tylko pytanie, czy "ci dobrzy" na pewno powinni udawać, że zginęli i siedzieć w ukryciu, pozwalając na kompletne zrujnowanie wielkiego miasta i wymordowanie kilkuset tysięcy ludzi, żeby, to niemal cytat, ludzie wiedzieli, że są im potrzebni, bo bez nich "ci źli" robią większą rzeź?
Wrażenia:
Przynajmniej raz w miarę usprawiedliwione 3D (nie jak w "Narnii", czy "Harrym Potterze", czy innych filmach, gdzie było zbędne) - om nom nomowanie budynków wygląda lepiej w trójwymiarze.
Bohaterowie na pewno mają imiona… a nie są panem żołnierzem nr 1 (białym) i nr 2 (czarnym), każdy film potrzebuje czasem blondyny do dekoracji i chodzenia w białym, a Autoboty poznajemy po kolorowej karoserii.
Dziadki robotów są zdradliwe. Patrz: najpierw dziadzio Jetfire, a teraz dla równowagi ten drugi, jak mu tam.
Dla fanów gościnny występ Leonarda Nimoy'a. Podobno mocno eksponowany, ja zauważyłam nawiązanie jak już było naprawdę nachalne.
Podczas rozpierduchy trochę się zgubiłam, a znalazłam dopiero przy fatality na kupie złomu.
I dlaczego ludzka menda była tak mendowata i uparcie oślizgła, że aż się człowiek brzydził patrzeć?

Zaskakująco sympatyczne, proste, łatwe i przyjemne. Kolorowe (na razie głównie zielone), z mordobiciem i rymowanką. Nie rozumiem tylko czemu nie przetłumaczyli tytułu, tu miałoby to sens. "Lanterni" mnie drażnili.
Znajomość komiksu, pobieżna i podparta wikipedią, nie przeszkadzała mi zbytnio w odbiorze. No, może Parallax wyglądał dziwnie, ale w sumie nie dziwniej niż zwykle, ot, plugastwo. Od połowy filmu doskonale wiedziałam, jaka będzie ostatnia scena, ale to było radosne wyczekiwanie.
Ja bym wolała dual-classować.

Swoją drogą, jaką karierę planują rodzice dla swojego dziecka, gdy nadają mu imię Sinestro?

Losowe wnioski po obejrzeniu "Kapitana Ameryki":
- Tony Stark uczył się PRu od tatusia;
- Hugo Weaving jako kompetentny villain był uroczy;
- A jednak można sobie poradzić ze spuścizną komiksów propagandowych z czasów wojny. Wystarczy zastąpić je przedstawieniami "ku pokrzepieniu serc" z tańczącymi do odpowiedniej melodii pin-upowymi panienkami. Na dokładkę pokazali sławetną okładkę na której Captain daje Hitlerowi w zęby!;
- Wszyscy mieszkańcy Brooklynu to twardziele, staruszki mają karabiny a dzieci ratują się same;
- Nie ma jak podryw na "tu mnie pobili, tu też, i tu też…"
- Kobiety w tym filmie miewają większe jaja i lepszego cela niż faceci, ale makijaż musiał im zajmować masę czasu;
- O, ktoś odrobił lekcję i dostaliśmy Howling Commandos. Super!
- Bucky nie jako nastoletni pomagier był niezły. Chociaż od pewnego momentu zadawałam sobie milczące pytanie "Czemu on jeszcze nie z(a)ginął?";
- Fajnie pomyślane napisy końcowe, na bazie plakatów propagandowych;
- W USA w latach 40tych najwyraźniej nikt nie palił.
- Jak chce się kogoś wrabiać na "Goodbye Lenin", to trzeba porządnie sprawdzić daty powstania propów.

Jaki to był zaskakująco sympatyczny i fajny film! Szczególnie, że w komiksach Kapitana Amerykę trawię tylko jako obiekt dociekań naukowych. Mimo, że nie do końca przekonują mnie te lata 40te, to ponownie pomyślałam ciepło o podręczniku do Sciona o tej epoce.

Było zabawnie, nie żałuję że poszłam, ale to stanowczo film na raz i tylko w kinie.
Plusy:
Dobra scenografia. Genialne kostiumy, przypuszczam że dzięki współpracy z grupami rekonstrukcjonistów. Bardzo fajny Wieniawa. Mistrzowski czekista. Olbryski jako Piłsudski pozytywnie mnie zaskoczył wypracowanym akcentem. Sporo przyjemnych detali historycznych i pomniejszych scen trzymających klimat epoki.
Minusy:
Niestety czegoś brakowało, albo fabuły, albo akcji. Para głównych bohaterów pretekstowa, pani prawie się nie odzywała, ale i tak moim zdaniem mówiła za dużo. Jak nie robiła min, to ładnie wyglądała. Pan był po to, żebyśmy poznali wszystkie strony konfliktu i nie wiem po co jeszcze.
Niewprawne 3D (pojedynek na szable) będzie mnie chyba bolało cały wieczór.

W sumie ładnie wybrnęli z Cudu nad Wisłą, ale tak sobie myślę, że może mały Cudzik by nie zaszkodził.

Wrażenia z Trzech Muszkieterów, a w zasadzie Trzech Muszkieterów i Podniebnych Piratów.
Pierwsza scena: Wenecja. Ninja Atos, wyciągnięty z Assassin's Creed Aramis i reszta inspirowanej daleko Trzema muszkieterami drużyny do 7th Sea rusza z misją godną Indiany Jonesa. Dalej równie konsekwentnie film nie trzyma się pierwowzoru, pomijając kilka cytatów. I wiecie co? Robi to świetnie. Myślałam, że twórcy zgwałcą moje dzieciństwo, ale wszystko było tak odległe od oryginału, że film wyszedł poza kategorię ekranizacji i uznaję go za naprawdę sympatyczną i fajną produkcję awanturniczo-przygodową.
Aktorstwo - nie ma się do czego przyczepić, fajne.
Fabuła - inaczej położone akcenty, nowe elementy, wariacje na temat starych, wszystko się zmieniło, a jednak tak nastrój jak i muszkieterowie są całkiem rozpoznawalni i daleko bo daleko, ale nawiązują do pierwowzoru.
Kostiumy - świetne (poza jednym - strój Milady do zadań specjalnych cierpiał na wyraźny brak majtek/pantalonów).
Stylizacja językowa - nie wykryto. Trochę szkoda.
Dystans - jak najbardziej, bohaterowie postmodernistycznie znudzeni konwencją romansu przygodowego w romansie przygodowym to całkiem uroczy sposób na puszczenie oka.

W kategorii nowoczesny film przygodowy jest świetny.
W kategorii ekranizacja jest żaden, bo to po prostu jest wariacja. Całkiem urocza. Może i lepiej tak, bo ileż można mordować na ekranie ten sam tekst w ten sam sposób.


A d'Artagnan był za niski jak na szturmowca…

Sherlock Holmes: Gra cieni (II) = Jak rozpętałem I Wojnę Światową + Captain America in the past.
Przyjemne, rozrywkowe, choć pierwsza część była lepsza i miała bardziej Sherlockowoholmesowy klimat. Zima, fabryka broni, pociąg… kojarzyło mi się mocno z filmem Kapitan Ameryka.
Irene is dead, long live the Gypsy.
Czy Stephen Fry zawsze gra osoby o wątpliwej heteroseksualności?
Świetna scena pościgu przez zimowy las, a może po prostu to mnie się ciekawie kojarzyła?


Hm, intrygujące, prawie nic nie pamiętam z "Transformersów" i nie jestem tak do końca pewna, o co mi chodziło. Mam też wrażenie, że również w tym roku obejrzałam "Czarny czwartek" i nawet jakoś skomentowałam, ale nie mogę znaleźć tej notki. No cóż.
To by było dzisiaj na tyle. Dalsze przygody, rozważania i impresje okołofilmowe następnym razem. (Kucyki czekały już tak długo, że mogą jeszcze chwilę poleżeć).

piątek, 29 lipca 2011

Miłe "Złego" początki...

…lecz koniec żałosny.

Gdyby ktoś powiedział mi zanim obejrzałam "Złego" w Teatrze Powszechnym, że można położyć trzygodzinne przedstawienie ostatnimi pięcioma minutami, nie uwierzyłabym. Teraz wiem, że się da. Ba, nawet nie tyle położyć, co zarżnąć. Zamordować krwawo i brutalnie, a na koniec zardzewiałą drewnianą łyżką wygrzebać serce z rzucanego drgawkami przedśmiertnymi truchła.
Obejrzałam to dzieło jakieś pół roku temu, ale niestety mgła nostalgii nadal go nie opromieniła. Wciąż czekam.

Ale od początku.
Lubię "Złego" pióra Leopolda Tyrmanda.
Podchodziłam do tej książki jak pies do jeża, ale gdy mnie już wciągnęła, to od razu z głową. Jak mogłabym nie zachwycić się powieścią, w której jest niemal wszystko? Sensacja, romans brukowy, kryminał, samotny heros o przenikliwym, jasnym spojrzeniu walczący z przestępczością i znajome ulice. Bo przede wszystkim jest tam Warszawa. Warszawa koników i badylarzy, Warszawa milicjantów, lekarzy, dziennikarzy i zwykłych mieszkańców, miasto okaleczone, ale pulsujące życiem. Ruiny, knajpki, place budowy, kawiarnie, bazary. Genialny opis miasta, jego mieszkańców, gwary. Plastyczny język i barwne opisy. Cały kalejdoskop zazębiających się wątków.
No dobrze, muszę też przyznać, że serdecznie nie znoszę główniejszej bohaterki (bo główną jest po prostu Warszawa), czyli Marty, uważam ją za pretensjonalną idiotkę i był moment, w którym wykazała się takim kretynizmem, że naprawdę miałam szczerą nadzieję, że może jednak autor ją jakoś odstrzeli skoro jest okazja i kibicowałam jej potencjalnym gwałcicielom i mordercom. Jednak reszta zawartości książki jest warta przecierpienia panny Majewskiej.

Dla niewtajemniczonych: akcja "Złego" toczy się w latach pięćdziesiątych, na terenie odbudowywanej Warszawy. Motywem koncentrującym wokół siebie pozostałe jest postać Złego, tajemniczego osobnika samotnie i brutalnie walczącego z miejskim półświatkiem. Jego osoba, czy to osobiście, czy poprzez sławę jaka go otacza, przewija się przez inne wątki, niejako łącząc je ze sobą. Fabuła jest mocno rozbudowana, a poczesne miejsce zajmuje w niej spekulacja biletami na ważny mecz. Poza samym Złym (który zresztą długo pozostaje w cieniu) obserwujemy między innymi środowisko warszawskich bandziorów, koników, milicjantów, dziennikarzy, kwitnący romans młodej absolwentki historii sztuki z lekarzem, podstarzałego weterana, który podczas wojny trudnił się konstruowaniem bomb w tubkach pasty do zębów i detektywa-amatora.

Od momentu, w którym usłyszałam o inscenizacji "Złego" chciałam ją zobaczyć. Natychmiast umówiłam się ze znajomymi miłośnikami teatru na wspólną wyprawę. Co prawda podejrzewałam, że ta akurat książka, poprzez centralną rolę, jaką pełni w niej miasto, może być nieadaptowalna, ale tym niemniej byłam bardzo ciekawa efektu takiego przedsięwzięcia. Mój znajomy twierdzi, że Zły, owszem, jest adaptowalny, ale tylko na film i w dodatku potrzebuje polskiego scenarzysty, amerykańskiego reżysera i bogatego hollywoodzkiego studio. Ja byłam mniej sceptyczna. Dałam przedstawieniu kredyt zaufania. Warto to zaznaczyć na wstępie: nie szłam z założeniem, że się będę czepiać, tak samo jak nie po to chodzę na ekranizacje komiksów, żeby wytykać nieścisłości.
Zabawa zaczęła się jeszcze przed przestawieniem, kiedy to uprzejmy głos z głośników poprosił nas o spokojne udanie się w kierunku drzwi i opuszczenie tego przybytku Melpomeny. Tu nastąpiła pewna konsternacja, czy skoro jesteśmy w teatrze powinniśmy uznać to element jakiegoś performance'u, czy faktycznie alarm. Wyluzowana pani szatniarka stwierdziła, że tutaj to tak często, ale dla spokoju wyszliśmy pomimo tego. Rzeczywiście, okazało się, że to dym ze sceny uruchomił alarm przeciwpożarowy, nie pierwszy już zresztą raz. Mam nadzieję, że nigdy tam naprawdę nie wybuchnie pożar...

Pierwsze co rzuca się w oczy po rozpoczęciu sztuki, to intrygująca forma narracji, bohaterowie mówią całymi frazami z książki, a nie tylko powtarzają dialogi. Np. pierwsze zdanie brzmi: "Jestem ładna", pomyślała Marta Majewska, ujrzawszy się w lustrze. Tak, aktorka wygłosiła je całe. Spodobało mi się to, pomagało utrzymać klimat książki. Pozytywne wrażenie również sprawiły kostiumy - faktycznie moda z lat 50tych (choć nie wiem, czy dobrze świadczy o moim guście to, że posiadam takie same buty, jakie zauważyłam na nogach Marty). Scenografia była ciekawa, a może to po prostu ja zawsze się łapię na minimalizm na scenie. Tym niemniej, przedstawienie całego miasta, tak ulic, budynków, jak i pociągów za pomocą jednego metalowego rusztowania, to z jednej strony spore wyzwanie, a z drugiej fajny pomysł.
Trudno było nie zauważyć braku wśród bohaterów m.in. panów dziennikarzy i naturalnie wątków z nimi związanych. Trochę szkoda, ale był to sensowny i zrozumiały zabieg. Biorąc się za inscenizację książki mogącej konkurować gabarytami z cegłą, a rozmiarem i rozstrzałem czcionki z encyklopedią, coś wyciąć trzeba. Myślę, że wybór był trafny - dało się przeprowadzić główny wątek bez nich, a przedstawienie i tak trwało bite trzy godziny.
No, koniec lukru.
Wstawki muzyczno-taneczne, dziwne w akcie pierwszym i doprowadzające do szału w drugim, od początku wydały mi się podejrzane i bez sensu. Trochę się uspokoiłam, gdy jedna z pierwszych przeszła płynnie w scenę w szpitalu, niestety, była tez ostatnią, która została tak rozegrana, co spowodowało u mnie rozczarowanie i wrażenie niespójności. Nie mam pojęcia po co te scenki właściwie były, czy powinnam je odbierać jako znak "uwaga przerwa techniczna" czy oświadczenie "patrzcie, jakie mamy fajne waciaki z epoki, nie dało się ich odpowiednio wyeksponować, więc upchnęliśmy je tutaj". Dopiero dużo później przyszło mi do głowy, że pewnie miały "wprowadzić w klimat epoki". A przy okazji były przerwą techniczną i prezentacją kostiumów.
Dużą rolę w promocji przedstawienia odegrały widoczne między innymi na plakatach czarnobiałe obrazki utrzymane w stylistyce komiksowej. Program, zresztą ładnie zrobiony, jest wypełniony nimi oraz fragmentami wypowiedzi ludzi takich jak Jerzy Szyłak, jeden z bardziej znanych badaczy komiksu w Polsce. Tym sposobem twórcy sztuki wyraźnie podkreślili, że stawiają na pulpowy aspekt tekstu. Przy tej całej otoczce ilość stworzonych z wyżej wymienionych grafik migawek wyświetlanych z rzutnika w trakcie przedstawienia mnie rozczarowała. Moim zdaniem było ich albo za mało, albo w ogóle źle, że były. W takiej ilości wydawały się trochę zawieszone w próżni, jakby niedorobione. Wywołały we mnie podobne wrażenie co fakt, że tylko jedna scena taneczna przeszła w akcję. Jakby ktoś miał jakiś pomysł, rozgrzebał go, a potem zarzucił i zapomniał posprzątać. Pozostałości eksperymentu. Za to na pewno ciekawe były walki, rozgrywane w zwolnionym tempie, trochę jak bullet time na żywo.
Tym co budziło moją głęboką nieufność, były nie mające się w sumie nijak do książki scenki ukazujące zidiociałych lub skorumpowanych milicjantów. Każdy najmniejszy nawet wątek, który dało się w ten sposób przekręcić, został pochwycony i rozdęty do granic możliwości, a niektóre według mnie były po prostu bezczelnie dopisane.
Jeśli chodzi o grę aktorską... cóż, jak gra aktorska. Dość nierówna, bo w większości nic specjalnego w żadną stronę, poza świetnymi młodzianami z półświatka. Dla równowagi, doktor Halski był zagrany tak, że wychodził po prostu na idiotę, ale z drugiej strony, ktoś kto podrywa dziewczynę Kingpina na jego oczach, faktycznie tytanem intelektu raczej nie jest.

Ale jak paskudne by przerywniki muzyczne nie były (w drugim akcie przekroczyły moją wytrzymałość, złapałam się na tym, że na widok kolejnej niemal rozpłakałam się koledze w ramię), a wątki milicyjne irytujące, jak by się drugi akt nie rozłaził, to wszystko byłoby jeszcze do zniesienia. Uważam wręcz, że pierwszy akt mógł się bronić swoim specyficznym urokiem. Widziałam pewne zalety całości. Do ostatnich pięciu minut, finału, kiedy to milicjant nagle zdjął mundur, założył współczesną skórzaną kurtkę i zaproponował głównemu mafiozowi układ (nie, nie było tego w książce), a na scenę wpadł ubrany w strój, który jak sądzę miał reprezentować styl gangsta, Lowa Zylberstein z komórką grającą Hawa Nagila (a ja się, głupia, całe przedstawienie zastanawiałam, czy on to nuci dlatego, że inaczej widz nie skojarzyłby jakiej narodowości może być ktoś o takim nazwisku, a twórcy przedstawienia z jakiegoś powodu chcieli ją podkreślić).
Aha! Mamy przesłanie! I to jakie przesłanie: policja, żydy i mafia sprzedają mecze. A nie byłoby jednak dyskretniej napisać sprayem na środku sceny CHWDP? No i może dorzucić gdzieś z boku powieszoną gwiazdę Dawida?
Pierwszy (i jak dotąd ostatni) raz zaklęłam w teatrze.
I tak, sprawiło mi sporą satysfakcję, gdy ci znajomi, którzy poszli na to dzieło mimo moich ostrzeżeń wrócili z niemal identycznymi uwagami i podobnym zniesmaczeniem.

Myślę, że problemem tego przedstawienia nie jest nieadaptowalność "Złego". W tej materii dało się zauważyć nawet kilka obiecujących pomysłów. Problemem, wadą i śmiercią tej sztuki jest to, że któryś z odpowiedzialnych za to przestawienie Panów Artystów postanowił, że dopisze sobie do tekstu książki Przesłanie. Wepchnie je w nieco oporne przez stężenie pośmiertne usta Tyrmanda, bo to on tu jest Artystą i Wie Lepiej. Na siłę uwspółcześni wierzgającą w proteście całość i doda to, czego ewidentnie w tekście brakowało, Swoje Przemyślenia.
Bo przecież niemożliwe jest, żeby autor książki myślał inaczej, prawda? Na pewno chciał to napisać, ale… ale… ale… o! cenzura by mu nie pozwoliła! Tak, to na pewno to. A jeśli nie, to się nie znał i Pan Artysta tylko zrobił przysługę tekstowi dodając do niego tę "mocną współczesną pointę", jak napisano w któreś recenzji.
A może po prostu mu policjant mandat wlepił dzień przed tym jak zabrał się za tę książkę i musiał się jakoś wyżyć?

Czy uważam, że warto obejrzeć to przedstawienie? Tak, ale tylko jeżeli wyjdzie się 5 minut przed końcem. A najlepiej na wszelki wypadek już po pierwszym akcie. Mnie zniechęciło do Teatru Powszechnego.

Plusy:
+ kostiumy i scenografia;
+ ciekawie zagrana młodzież z półświatka;
+"filmowa" stylizacja walk;
+ wybór wątków;
+ intrygujący pomysł na narrację.

Minusy:
- większość przerywników muzycznych;
- niespójność;
- nierówne aktorstwo;
- praktycznie cały drugi akt;
- dorobiony na siłę "prześmiewczy" wątek milicji;
- KOŃCÓWKA!
- żenująca "współczesna pointa" i dopisane Przesłanie.