wtorek, 25 października 2011

Kotek! czyli mruczek w czasach popkultury

Uwaga, będzie dziwnie, dygresyjnie i niezupełnie o kotach.

Gdybym miała ocenić kto najlepiej umie prać ludziom mózgi, powiedziałabym że ani spece od propagandy z krajów totalitarnych, ani asowie kontrwywiadu nie są w tej materii sprawniejsi od kotów. Te stosunkowo niewielkie, puchate stworzenia posiadają zadziwiającą umiejętność owijania sobie okolicznych przedstawicieli rasy ludzkiej wokół pazurów do tego stopnia, że wszelkie fochy i krwawe zamachy uchodzą im na sucho, więcej nawet, budzą one rozczulenie ofiar. Większość moich spostrzeżeń dotyczących oddziaływania felis catus na homo sapiens jest zbieżna z tym oto stipem xkcd. No bo kto jest ślicznym kotkiem…?
Jednak jakiś czas temu nastąpiła pewna ofensywa kotowatości na moje receptory, która zmusiła mnie do przemyślenia dodatkowo zagadnienia, jak wpływ kota na człowieka funkcjonuje zaaplikowany na nieco inny grunt.
O czym mowa? Ha, żeby odpowiedzieć na to i inne pytania, drodzy czytelnicy, trzeba zanurzyć się nieco w odmęty dziejów mej przygody z amerykańskimi komiksami oraz poznać pewne słabości, które zwykle skutkują po prostu absorpcją wiedzy przez osmozę, ale czasem wabią też podstępnie do różnych niespodziewanych i mrocznych miejsc. One właśnie przywiodły mnie do punktu, gdzie narażona zostałam na atak Kotka!, co wyskoczył na mnie z zieleni. I to zieleni w okolice której zazwyczaj się nie zapuszczam.

Pozornie bez związku, czyli o komiksach słów kilka

Jeżeli jakiś komiks, który wyszedł spod skrzydeł wydawnictwa DC nie ma na okładce plakietki Vertigo (marka którą DC Comics sygnuje produkty dla tak zwanych "dojrzałych czytelników"), względnie nie jest to któraś z serii o Green Arrowie z ostatniej dekady, szanse na to, że go przeczytam drastycznie spadają. Gdy na okładce dodatkowo widzę gdzieś charakterystyczne stylizowane S, oznaczające że na pokładzie jest któryś z bohaterów o imieniu zaczynającym się od słowa Super, możliwość że się zainteresuję z raczej niewielkiej robi się znikoma - z jakieś trudnej do skonkretyzowania przyczyny sympatię do Supermana jestem w stanie wykrzesać z siebie tylko jeśli chodzi o którąś z ekranizacji. Do jego kuzynek, klonów i psów nawet wtedy nie.

Możliwe, że to kwestia kombinacji przyzwyczajenia i siły rozpędu.
Kiedy byłam mała i dzięki wydawnictwu TM-Semic pojawiły się w Polsce na (relatywnie) szeroką skalę komiksy Marvela i DC (dwóch gigantów na tym rynku), wprawiona na Kajku i Kokoszu, Kleksie, Tytusie, Romku i A'tomku, a także Funkym Kovalu (i śmiertelnie przerażona Thorgalem) stosunkowo szybko zapragnęłam się z nimi zapoznać. Rodzice postawili mnie wtedy przed wyborem - kup sobie, dziecko, raz wszystkie i wybierz jeden. Kupiłam, Batmana, Punishera, Supermana i Spider-Mana.
Na Batmana byłam chyba zwyczajnie za mała, choć może po prostu już wtedy mroczne opowieści o indiańskich szamanach mnie odrzucały, a na taką właśnie trafiłam. W Supermanie najfajniejszy był Joker, a trochę źle świadczy o komiksie to, że jedynym jego plusem jest arcyłotr pożyczony od kolegi. Punisher… No cóż, może i teraz doceniam urok pokaźnej broni, ale przygód pana Franka Castle jakoś nadal nie. Jak łatwo się doliczyć, wybór trucizny, która miała spaczyć mój młody umysł padł na Spider-Mana. Z czasem dołączyli do niego X-Meni i Transformersy, do filmu o których pałałam wielkim, choć mocno zabarwionym strachem uwielbieniem.

Jak widać, dla mnie w konkursie na pożądaną lekturę komiksy DC przegrały w przedbiegach i tak już zostało. To trochę tak, jak z Thorgalem, którego potrafię docenić, nawet posiadam kilka numerów, ponad połowę czytałam, ale nigdy nie będę wielką fanką. Działa tu siła pierwszego wrażenia. Jedynym numerem w domu było Alinoe. I, Bóg mi świadkiem, dotąd myślę o tym z dreszczem. Te puste oczy i psychopatyczny uśmiech podnoszącej się z piachu Aaricii, brrr. Nawet gdy byłam już starsza i przystąpiłam do poszerzania listy swoich obrazkowych lektur, DC nie poprawiło swojej pozycji w moim prywatnym rankingu. Chociaż przyznam, że ze sporym zainteresowaniem zapoznałam się z historycznym już wtedy przykładem praktycznego zastosowania brzytwy Okhama i końca świata jako formy restrukturyzacji. Już tłumaczę, DC Comics (podobnie jak konkurencyjny Marvel) w swojej głównej linii wydawniczej kreuje pewien konkretny, w miarę koherentny świat, w którym poruszają się, a zwykle raczej motają, postacie. Jak można się domyślić, przez kilkadziesiąt lat podczas których gatunek komiksu bohaterskiego się krystalizował i przeżywał różne wzloty i upadki, w uniwersum DC powstał pewien fabularny bajzel, a w nim liczne światy równoległe, liga super koni, małp i innych zwierząt, tudzież klony, mroczni bliźniacy z innych wymiarów, niekonsekwencje w biografiach bohaterów i Bóg jeden wie co jeszcze. Nieszczęśni pracownicy wydawnictwa spróbowali to ogarnąć podczas przygotowywania jubileuszowego kompendium wiedzy, wymiękli, i uznali, że łatwiej będzie wszystko zaorać do gołej ziemi, zamiast dalej wozić się z natłokiem napłodzonych przez lata na potęgę niespójnych, wzajemnie się wykluczających i nie zawsze przyjaznych współczesnemu (w latach 80tych) czytelnikowi pomysłów. Szczęśliwie zamiast po prostu powiedzieć "tego nie było, zaczynamy od nowa" zrobili crossover (moment w którym różne serie łączy wspólny wątek) zwany "Crisis on Infinite Earths", a w nim wszechogarniającą, higieniczną apokalipsę i elegancko zamknęli pewien rozdział.
Zainteresowanym szczegółami polecam opublikowane na stronie Esensji artykuły Tomasza Sidorkiewicza.
Ale tak jak ucieszyło mnie to raz, tak kolejne końce świata i retcony (czyli przepisywanie historii), które powoli stają się cechą rozpoznawczą wydawnictwa DC, budzą raczej moją irytację. Zbyt częste resety i restrukturyzacje świata przedstawionego generują to, co pierwszy miał zwalczyć - bajzel. Choćby dlatego, że za ciągłymi zmianami w biografiach bohaterów i zasadach funkcjonowania świata trudno nadążyć (żeby nie było, że przesadzam zachęcam do przyjrzenia się wpisowi o Supergirl na TV Tropes). Szczególnie w przypadku takim jak mój, kiedy sam komiks jest ostatnim źródłem wiedzy, do którego się sięga. Bo moja wiedza o uniwersum DC wcale nie jest taka wąska, jak mogłoby wynikać z powyższych wywodów. Ale przyrosła mi jakoś sama, przez osmozę, a nie wynikła z wnikliwego śledzenia którejś serii...

Mam ogromną słabość do wszelkiego rodzajów kompendiów i encyklopedii wypuszczanych co jakiś przez wspomniane wydawnictwa. Dzięki nim i wspaniałemu wynalazkowi zwanemu Wikipedia (który dobrze używany dodaje +3 do inteligencji użytkownika), zwykle mniej więcej wiem kto jest kim w poszczególnych uniwersach. I to pomimo tego, że bardziej przebiegam artykuły wzrokiem, niż je czytam.
Lubię też kreskówki. Tak jak komiksy DC zawsze były gdzieś w dalszym rzędzie moich zainteresowań, animacje stworzone na ich podstawie potrafię oglądać godzinami. Póki co Batman pozostaje dla mnie niedościgłym wzorem dla takich seriali, ale też Batman Beyond i Justice League oglądało mi się całkiem przyjemnie, możliwe że dlatego, że utrzymane są w podobnej stylistyce wizualnej. Samo to wystarczyłoby, żeby ogólnie zorientować się w sytuacji, a ja w dodatku już tak mam, że po obejrzeniu odcinka czasem zerkam na Wikipedię, żeby przekonać się jak dany motyw wyglądał w oryginale. I tak to się kręci, ilość składowanych w głowie bezużytecznych wiadomości powiększa się sama, urok kultury informacyjnej, jak wdzięcznie jest czasem nazywany skutek posiadania abonamentu na kablówkę zawierającego w sobie też stały dostęp do Internetu. Ja nazywam to zdobywaniem wiedzy przez osmozę.
Trzecim elementem tego równania jest Deviantart, portal na którym ludzie umieszczają swoje artystyczne wypociny i którego niekłamaną zaletą jest to, że przez "ludzie" rozumiem nie tylko fotografów amatorów i dwunastoletnie fanki anime, ale też profesjonalnych ilustratorów i inne osoby zajmujące się zawodowo szeroko pojętą sztuką. W tym rysownicy komiksów i przedstawicieli profesji pokrewnych, których galerie z lubością obserwuję. Nieraz zdarza się, że dzięki temu mam wgląd w całe sekwencje stron pochodzących z serii, których normalnie nie czytam.

No dobrze, ale gdzie tu zapowiadany kotek i po diabła o tym wszystkim piszę pod takim właśnie tytułem? Otóż do tych przemyśleń skłonił mnie kontakt z ni mniej ni więcej, ale stronami komiksu Green Lantern (ok., "Rage of the Red Lanterns", ale jakoś trudno nie połączyć logicznie nazw), a ten jak najbardziej należy do kategorii tych, co do których rozpisywałam się powyżej, jak je omijam. No jasne, wierzcie mi w takie rzeczy, bo przecież wcale nie mam na półce kupionego na wyprzedaży "Dziedzictwa Green Lanterna".
Na fragmenty crossoverów Final Crisis i Blackest Night natknęłam się oczywiście na Deviantarcie. Główną linię fabularną pierwszego udało mi się jeszcze jakoś zignorować, ale wtedy pojawił się kotek, e czymś co dla mnie mniej jest kawałkiem kolejnego Kryzysu, a bardziej prequelem do uroczej, ogólnowszechświatowej zombie apokalipsy, szczególnie, że na Devie dostałam je jakby w pakiecie. Po nazwach ogólnie wiedziałam, gdzie dzwoni i że musi mieć to coś wspólnego z Green Lanternem. Znaczy, skojarzenie frazy Red Lantern było banalne, a i Blackest Night też nie jakieś trudne, skoro wcześniej padłam ofiarą kreskówek, w których występowali panowie z Korpusu Zielonych Latarni. Ich przeklęty wierszyk motywacyjny wbił mi się w mózg, w dodatku w dwóch wersjach językowych. In Brightest Day, In Blackest Night… No evil shall escape my sight… Niechaj ciemności czciciele marni boją się światła Zielonej Latarni… URGH!!! Widzicie? Nie mogę się tego pozbyć z głowy.

A najzabawniejsze jest, że dzięki kombinacji wyżej wymienionych źródeł podprogowo sączących informacje do mojego mózgu, byłam w stanie patrzeć na różne losowe conceptarty, okładki i strony z jako takim zrozumieniem, a skoro tak, to zamiast je ignorować dawałam im się wciągać coraz bardziej. A przecież z rzeczy zielonych lubię w zasadzie tylko Green Arrowa. Jedyny komiks z głównej linii wydawniczej DC, który mnie szczerze urzekł i to nie tylko trafiającą idealnie w mój gust oszczędną kreską. Pod wizualnym podobieństwem do Robin Hooda i klasycznym łojeniem tyłków odkryłam też niebanalne (i w ogóle jakieś) podejście do bardziej przyziemnych społecznych problemów. Zupełnym ewenementem jest to, że w świecie superbohaterów postać tak relatywnie istotna, jak asystent herosa mogła z realistycznych przyczyn zarazić się HIVem i nie tylko nie została cudownie uzdrowiona przy najbliższej okazji, ale też łączy funkcjonowanie na rynku zwalczania zła z ostrożnością i braniem leków antyretrowirusowych. Ten wątek podbił mnie zupełnie, właśnie swoją innością, ale i tak cała moja sympatia do niego i komiksu jako całości nie zmotywuje mnie do sięgnięcia do numerów sprzed reanimacji, którą Kevin Smith zafundował trupowi tej serii (i tytułowego bohatera). Szczególnie, że właśnie od "Kołczanu", czyli wspomnianej przed chwilą operacji pozbierania smętnych zwłok i chirurgicznego usunięcia co bardziej przegniłych lub toczonych literacką gangreną kawałków, zaczęła się moja przygoda z Zieloną Strzałą i resztą towarzystwa. A żeby spotkać tam na większą skalę Green Lanterna musiałabym się cofnąć przed ten punkt, czego nie zrobiłam. Ale czasem jest tak, że jak coś nie wejdzie drzwiami, to wlezie oknem.

No bo tak, Zielona Latarnia. Kompletnie inna historia. A tak konkretnie mówiąc historia pana imieniem Hal Jordan (a później jego następców, współpracowników i innych krewnych i znajomych), który w spadku po umierającym kosmicie dostał pierścień członkowski międzygalaktycznej policji, a wraz z nim różne widowiskowe umiejętności, zwykle powiązane ze świeceniem na zielono. To tyle w dużym skrócie i brutalnym uproszczeniu.
Przez długie lata ciąg asocjacji związanych z Green Lanternem w mojej pogrążonej w permanentnym chaosie głowie składał się z takich oto upiornych skojarzeń i morderczych symplifikacji: świecące na zielono pierścionki, ci faceci z odcinku Kaczora Dodgersa (właścicielem DC jest Warner Brothers, studio które  popełniło ten serial animowany, więc dokładnie ci), głupia kreskówkowa wiewióra, wróg o imieniu zbliżonym do "wróg", bezsensowna słabość do żółtego koloru, która powinna wywołać u przestępców chęć ubierania się na żółto. Bardziej dziwaczne, niż ciekawe, prawda? A, i jeszcze ładowarki w kształcie lamp naftowych.
A jednak gdy Deviant zaczął atakować mnie Najczarniejszą Nocą, byłam już urobiona. W którym momencie stałam się całkiem zorientowana w aktualnych wydarzeniach mających miejsce w tej serii? Co ja w ogóle robiłam zgłębiając komiks, który mnie nie interesuje, z wydawnictwa, za produktami którego nie przepadam? Nie wiem. Wszystko przez wspomnianą już kulturową i informacyjną osmozę.

Ale gdzie tu koty, czyli powoli do rzeczy (mruczącej, puchatej i parskającej kwasem)

Jak wspomniałam na początku, kot wyskoczył na mnie z zieleni, czyli właśnie ze stron komiksu o Latarniach (niezupełnie zielonych). Do mojej zguby przyczynił się oczywiście Deviantart, na którym przez pewien czas z rosnącym zainteresowaniem śledziłam conceptarty, okładki i losowe strony związane ze wspomnianym już, nadchodzącym crossoverem zwanym Blackest Night.
Najczarniejsza noc… Wielkie wydarzenie w świecie wykreowanym przez DC, które podsumować można słowami "O mój boże, wszyscy zginiemy i wrócimy jako gnijące zombiaki (gnicie instant w pakiecie) i będziemy nimi tak długo, aż nie zafarbujemy na jakiś inny kolor niż czarny".

Co trzeba wiedzieć, żeby pojąć o co w tym chodzi, przewodnik dla laików. Serie o długim żywocie mają czasem tendencje do mnożenia bytów. Nie ma w tym nic specjalnie dziwnego, spróbujcie być oryginalni produkując scenariusz do czegoś, co wychodzi od kilkudziesięciu lat z częstotliwością przynajmniej jeden zeszyt na dwa miesiące (a częściej tygodnie), i to w taki sposób, żeby to co wymyślicie zgadzało się logicznie z pomysłami waszych poprzedników, którzy również starali się spłodzić coś ciekawego. Do linii fabularnej Zielonych Latarni też zaczęły z czasem przeciekać inne kolory tęczy, fioletowy, żółty, potem czerwony i niebieski, aż w końcu, w Blackest Night właśnie, otrzymaliśmy pełne siedmiokolorowe spektrum, plus jeszcze czerń i biel, patronujące życiu i śmierci (istotne w samej historii, absolutnie bez znaczenia w tych rozważaniach).
Tak więc Green Lantern Corps nie jest już jedynym barwnym stowarzyszeniem pętającym się po wszechświecie z dającymi moce pierścionkami, podobnie jak zielony nie jest jedynym kolorem na sztandarach Parady Równości. Porównanie do tęczy jest o tyle istotne, że wiodącym motywem jest tu tzw. "spektrum emocjonalne" (tak to się nazywa, ja nadal mam wątpliwości, czy siła woli, nawet przemianowana na "chęć do działania", która napędza właśnie osobników w odcieniu koniczyny, to emocja). Każdy kolorek ma przypisane do siebie uczucie, znaczek, generator energii, reprezentację osobową i pewną ilość dziwnych panów/pań/innych z pierścionkami. Bonusowo, jeżeli to kolor czarny, osobników tych jest kosmicznie dużo, bo pierścionki rekrutują siłą praktycznie każdego, kto kiedyś dał się zabić i wrócił zza grobu (norma w komiksach), albo kogo same mogą uśmiercić. Tym praktycznym sposobem one mają duży przerób, a Blackest Night rozmach.
Ale zostawmy nasze zombiaki. Wyobraźcie sobie tęczę. Zielony jest w środku, więc członkowie korpusu w tym kolorze są stosunkowo najbardziej zrównoważeni (a przynajmniej porąbani dlatego, że sami z siebie tak mieli). Przy krawędziach mamy fioletowy i czerwony. Członkom ugrupowań pod takimi flagami najmocniej rzuca się na mózg. Panie od koloru fioletowego, nazywające się dla zmyłki Star Saphires, kierują się miłością. Taką, której… powiedzmy uosobieniem jest różowawy, zębaty, wyglądający na wkurzonego Alien imieniem Predator. Tak właśnie, czyż to nie śliczne? Nawet wiem, w jakim stanie psychicznym musiał znajdować się człowiek, który to wymyślił.
Po drugiej stronie mamy Czerwone Latarnie, nazwa mało oryginalna, ale też nie twórczością literacką się oni zajmują. Pierścionki innych kolorów lokują się zwykle na przedstawicielach ras, które mogłyby mieć w nazwie słowo sapiens. Czerwone nie mają takich wysublimowanych wymogów, w sumie po co, skoro i tak sprowadzają nosicieli do poziomu, na którym sklecenie i wyemitowanie prostego zdania jest wyzwaniem niemal niemożliwym. Mówienie… ot, niepotrzebne pierdoły. To co nas interesuje to GNIEW.
O ile dobrze rozumiem, teoretycznie każdy taki kolorowy pierścionek służy nie tylko dawaniu nosicielowi fantastycznych mocy, ale stanowi też superkomputer. W przypadku czerwonych moce przerobowe procesora poświęcone są na odtwarzanie wciąż takich budujących komunikatów jak "boli, boli, boli, zabij, zabij, zabij", inne informacje pomijając jako nieistotne. Bycie członkiem szlachetnej organizacji Red Lanternów najczęściej wiąże się z degradacją funkcji umysłowych do tych najbardziej koniecznych - odpowiedzialnych za zianie nienawiścią, kierowanie się instynktem, bieganie na czterech i wymiotowanie kwasem. Z wysławianiem się u nich krucho, no, chyba że mówimy o ich szefie, który to wszystko zorganizował. Najwyraźniej nie czuł potrzebny toczenia wyrafinowanych dialogów z podwładnymi.
(A. I jakby to nie było jasne, to nie są "główni źli" tej serii. Naprawdę, nawet po stronie szeroko pojętego dobra bywają tam gorsi.)
I właśnie na stronach chyba pierwszego numeru z ich bezpośrednim udziałem, w towarzystwie tych wymiotujących żrącą substancją masowych morderców ujrzałam kotka. Tak właśnie, milutkiego kotka w obowiązkowym skafanderku członka Czerwonych Latarni, z pierścionkiem na ogonku. Był bardzo puchaty, słodki i przyjazny, przykiział się do jakiegoś pana, zamruczał… a następnie obrzygał go kwasem, który mu rozpuścił głowę.

Cynicznie pomyślałam sobie wtedy "i w tym momencie czytelnicy wołają: KOTEK! Ma pierścionek na ogonku! Awww! Mruczy, zupełnie jak mój. Ojej, wymiotuje zaraz potem żrącą substancją, jakie to słodkie."
Czytelnicy zaiste mniej więcej to zakrzyknęli.
A kotek, którego nieopatrznie wzięłam za przedstawiciela jakieś obcej rasy - w końcu skoro może być kosmita-płaszczka, kosmita-wiewióra, kosmita-oko, kosmita-meduza, to może być i kosmita-kot - okazał się być po pierwsze dokładnie tym na co wyglądał, czyli ziemskim dachowcem - kto mógł wtedy przypuszczać, że czerwone pierścionki nie zawracają sobie obrączek takimi detalami jak wybieranie przedstawicieli ras myślących, w sumie słusznie, tylko więcej by roboty było ze sprowadzeniem do właściwego poziomu - a po drugie żartem twórców.
No dobrze, w odwrotnej kolejności.

Żeby było jasne: nie mam kota, nie planuję mieć kota i z zasady lepiej się dogaduję z psami. Ale byłam autentycznie ciekawa, czy zwierzak jeszcze się pojawi, a przeglądanie kolejnych stron pojawiających się na Deviancie w sumie nic mnie nie kosztowało. I tak oto przez tego przeklętego kocura wciągnęłam się w temat nawet mimo pojawiania się tam Supermana i spółki, których starałam się ignorować oraz zombiaków i podobnych detali, który nie cierpię. Nie byłam jedyną ofiarą, Dex-Starr (właściwie Dexter, ale czerwone pierścienie wyraźnie nie radzą sobie z czytaniem, ewentualnie przekręcają imiona na bardziej groźne) stał się szybko jednym z najbardziej popularnych Red Lanternów. I wcale nie dlatego, że nie było z czego wybierać, o to scenarzyści akurat zadbali, nawet wyszły osobne zeszyty, z krótkimi, wypełnionymi tak zwanym angstem historiami poszczególnych kandydatów na różnokolorowych ulubieńców publiczności. Mieliśmy na przykład zgwałconą i okaleczoną skrzydlatą piękność, mieliśmy też tragiczną bohaterkę wyrzuconą z korpusu Zielonych Latarni (choć może nie, ta w sumie bardziej służyła temu, żeby dać się widowiskowo zabić), ale nie. Konkurs popularności wygrał kotek. I nikt mi nie wmówi, że to dlatego, że Atrocitusowi, szefowi całego tego czerwonego cyrku wygodniej było podróżować potem po Ziemi z kotem na ramieniu. Przy jego wyglądzie utrzymanie incognito było dokładnie tak samo trudne, co gdyby miał nawet i lewitujący giga mózg za towarzysza.
Mam wrażenie, że twórcy tej serii podejrzewali, że sytuacja może się tak skończyć, a przynajmniej któryś przeżył olśnienie marketingowe. Tak by wynikało z wywiadu z rysownikiem, który wkomponował kocura wśród Czerwonych dla żartu i był mocno zaskoczony, gdy redaktorzy się zachwycili i nalegali na dorysowanie jeszcze kilku kadrów z jego udziałem. Nie było to planowane, ale niewiele ryzykowali i zaskoczyło. Tylko trzeba było przy najbliższej okazji i w chwili wolnej od przepychanek z zombiakami, machnąć jakąś łapiącą za serce biografię, dodać odpowiednie tło, żeby przyklepać sukces.
Wbrew pozorom to nie krytyka. Brawa dla panów, że wyszli naprzeciw oczekiwaniom publiczności.
A na tym etapie publiczność oczekiwała KOTKA!!! I dostała go. Z szarpiącą serce i kanały łzowe historią, rozegraną zresztą po mistrzowsku. Jest króciutka, ma zaledwie sześć stron, ale w momencie w którym Dex-Starr (dla niego chyba to co równało jego kumpli w dół było umysłowym awansem, bo wydaje się być intelektualistą wśród kolegów) ze łzami wspomina swoją zamordowaną panią i myśli "I kill, I good kitty" myślałam, że sama się popłaczę.

Kotek… Pomysł zadziwiający w swojej prostocie. Podejrzewam, że to jest jakieś prawo. I to prawo znane scenarzystom. Nie ważne o czym piszesz - w tym wypadku o końcu świata urządzonym przez psychopatów i zombie - wrzuć tam kotka. Kotek kupi ci publiczność. Podbije ich serca, nawet jeśli będzie mowa o bandzie plujących kwasem masowych morderców, biegających jako część flagi z Parady Równości podczas apokalipsy żywych (no, ruchomych i myślących) trupów.

Chociaż może to wcale nie aż tak oczywiste? Wtedy byłby to częstszy zabieg, to raz. Dwa, nie jest to pierwszy kot z mocami, jaki pojawił się w uniwersum DC, chociaż o tym drugim przypomniałam sobie dopiero niedawno, gdy zobaczyłam figurkę nawiązującą do klasycznego imagu Supergirl, a obok niej rudego futrzaka w czerwonej pelerynie. Bo, moi drodzy, trzeba wam wiedzieć, że Superman miewa psa. Konkretnie mówiąc superpsa imieniem Krypto. A ponieważ w czasie tzw. Srebrnego Wieku Komiksów wyobraźnię scenarzystów trzymał w ryzach (czytaj: za jaja) zbiór regulacji zwany wdzięcznie Kodeksem Komiksowym, w desperacji chwytali się każdego pomysłu, który zdawał się być dostatecznie uładzony i między innymi do znudzenia zarzynali te, które już wcześniej się sprawdziły. Na przykład: skoro mamy już Supermana, czemu w zasadzie nie moglibyśmy stworzyć jego żeńskiego odpowiednika, albo dać mu jakiegoś obdarzonego mocami zwierzęcia, na przykład… pieska? A skoro jest superpies, czemu nie miałoby być też superkota? I małpy? I konia? (I właśnie dlatego, drogie dzieci, podczas Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach było tyle do czyszczenia.)
No, ale precedens był. Tylko nie jakoś porywająco popularny, bo Streaky the Supercat ze swoją klasyczną historią zwierzątka, które akurat przechodziło obok dającego moce meteorytu, który jakiś debil (czyli Supergirl, no powiedzcie sami, jak można lubić to stado) wywalił przez okno, po Kryzysie zniknął w pomroce dziejów. Raczej nie był powalająco popularny, skoro już ponad dekadę wcześniej przestał się pojawiać. Może to wina już wtedy oklepanej historii, może publiczność mimo wszystko czuła przesyt superstworzeń, a może to był zbyt dziecinny pomysł nawet jak na realia lat 70tych. Od 1986 różnorakie nawiązania do kocura imieniem Streaky pojawiają się już tylko sporadycznie, za to Krypto powrócił do uniwersum stosunkowo szybko i twardo się trzyma. Widać po prostu kot to jednak za mało, żeby odnieść sukces wydawniczy i zdobyć serca fanów, potrzeba czegoś więcej. Śmiem twierdzić, że powyższy przykład pokazuje, że oryginalności. Bo ewidentnie coś jest na rzeczy, jeśli chodzi o zwierzęta i kulturę popularną, tylko trzeba umieć to rozegrać. W końcu Krypto dobrze się miewa, podejrzewam nawet, że jest lepiej znany niż cześć bohaterów, którzy posiadają własne serie, a Dex-starr wziął serca czytelników szturmem.

Widocznie scenarzyści wiedzą, że mogą na wygrać na umieszczaniu zwierzaków wśród ludzkich bohaterów, ale od czego zależy zwycięstwo w grze o uczucia odbiorców? Może istotne jest to, że takie postacie kojarzą się nam z naszymi lub naszych znajomych futrzastymi towarzyszami? To by tłumaczyło też inne pokrewne zagadnienie. Otóż mam wrażenie, że zabijanie pupili bohaterów jest wysoko na liście rzeczy, których czytelnicy/widzowie nie wybaczyliby twórcom. Może dlatego, że nie chcemy nawet myśleć, że naszym mogłaby się stać krzywda? Albo z uwagi na w sumie niewielką ilość zwierząt w tym kontekście, nie mamy jeszcze wyrobionej przez liczne filmy i seriale odporności (zwanej też dozą cynizmu), która sprawia, że lepiej tolerujemy pastwienie się nad i mordowanie bohaterów antropomorficznych. Przecież w świecie współczesno-fantastycznym, szczególnie gdy mówimy o komiksach, po dłuższym lub krótszym czasie polegli herosi wracają w końcu do życia, zupełnie jak w mitach. Pisarze prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych sposobów, jak przywrócić ich do świata żywych, ale jeśli to nie horror typu "Smętarz dla zwierzaków", to nikt, żaden kultysta, anioł czy inna siła wyższa, nie będzie wskrzeszać psa czy kota.

W ogóle z zabijaniem zwierząt w kulturze popularnej jest ciekawa sprawa. Oto pewien intrygujący przykład: Wolverine Origins, czyli historia dzieciństwa i wczesnej młodości jednego z popularniejszych bohaterów ze stajni Marvela, o którego przeszłości przez lata nie było prawie nic wiadomo. Z początku to kto jest kim wydaje się jasne, ale tylko do pewnego momentu. Chłopiec, który aż prosi się, żeby wziąć go za młodocianą wersję naszego herosa, zabija psa. I tu następuje dysonans poznawczy, pojawiają się wątpliwości, bo przecież wiemy, że Wolvie nie zabiłby pieska. Nie, pieska nie. Jakąś całą masę ludzi owszem, ale nie pieska.
Dalej, Akta Harry'ego Dresdena pióra Jima Butchera, przedostatni na dzień dzisiejszy tom, Changes. Autor wyraźnie z listy rzeczy istotnych dla bohatera odkreśla kolejne podpunkty, przeprowadzając twórczo planową demolkę jego życia. W końcu nadchodzi też czas na pożar, a wśród płomieni uwięziony zostaje znany od pierwszego tomu Mister, wielki kot, który może nie pełni jakieś wielkiej roli w fabule tej serii, ale jest ważny dla Dresdena. Aż się prosi, żeby pognębić naszego bohatera dodatkowo spłonięciem zwierzaka? Skąd! Chyba, że autor chciałby mieć własną listę strat, przejawiającą się w spadku ilości czytelników.
Analogiczna sytuacja w cyklu o Mercedes Thompson Patricii Briggs (na którym, nomen omen, powieszam trochę psów przy innej okazji). Ani przez moment nie dałam się nabrać na usmażenie kotki tytułowej bohaterki w pożarze. No i oczywiście, kicia została uratowana, nawet z zyskiem fabularnym, bo pewna dwuznaczna postać miała okazję się wykazać swoją wrażliwością i czułym sercem.
Jedyny mord na czyimś pupilu, jaki w ogóle w tej chwili przychodzi mi do głowy, to pies Bobby'ego w Supernaturalu. Ale po pierwsze, zwierzak nigdy nie dostał swoich pięciu minut, żeby widzowie mogli się do niego przywiązać (czy on miał w ogóle imię?), a po drugie domyślamy się tylko, że został zabity, bo po wizycie pewnej demonicy już nigdy więcej się nie pojawił. Nawet twórcy tego serialu, mianujący go radośnie "najbardziej nihilistycznym w telewizji", nie posunęli się do tego, żeby najpierw odbiorców "zaprzyjaźnić" ze zwierzęciem, a potem je zarżnąć na ekranie. Ludzi to co innego.

A jak jesteśmy już na rzeziach, to wróćmy do meritum. Jak widzimy po małym, mruczącym mordercy z pierścionkiem na ogonku, dobrze pociągnięty wątek zwierzęcia daje fantastyczne efekty marketingowe. Niemała lista wystąpień Krypto, łącznie z jego własnym serialem animowany w 2005 (w którym co prawda występuje również kot, ale tytuł mówi sam za siebie), to potwierdza. Dlaczego w takim razie takie zagrywki nie są częstsze? W końcu Internet jest wypchany LOLcatami (pewnie są w tyle tylko za pornografią), podatność ludzkości na słodkie zwierzątka jest oczywista, to chyba jakaś powszechna skaza. Myślę, że tylko dlatego nie jest ona w kółko wykorzystywana, że mimo iż sam pomysł jest prosty (wmontowanie w fabułę istotnego zwierzęcego bohatera, najlepiej z supermocami), z wykonaniem może być już problem. Bo dlaczego w jednym przypadku się to sprawdzi, a w innym nie?
Obstawiałabym, że głównym problemem jest oryginalność. To co za pierwszym razem się sprzedaje świetnie, za drugim sprawuje się już gorzej. Krypto, pies Supermana? Fajnie, coś nowego, coś ciekawego i wyjątkowego. Streaky, kot Supergirl? Jaki by nie był, zawsze będzie nosił etykietkę zżyny z Krypto. Zresztą, dotyczy to nie tylko zwierząt. Podobny problem jest z niestety nagminnie pojawiającym się w komiksach motywem klonów. Kojarzę tylko jeden przypadek, w którym kopia genetyczna jakieś postaci naprawdę się sprawdziła i zadomowiła na stałe w uniwersum. No, półtora. Pierwszym był Ben Reilly, wyhodowany z DNA Petera Parkera, czyli Spider-Mana. W sumie przetrwał dość długo, miał osobowość i w ogóle, na pewien czas nawet zastąpił oryginalnego Człowieka-Pająka… tylko nie mogę się oprzeć wrażeniu, że część zasługi za to, że ta postać tyle się utrzymała, ponosi fakt, że był najmniej okropny z całego "Clone Saga", linii fabularnej, która sprawiła, że przestałam kupować ten komiks (i nie jestem w tej negatywnej opinii odosobniona). Precedensem, o którym mówię jest niejaka X-23, Laura Kinney, klon Wolverina, która pierwszy raz pojawiła się zresztą nie w komiksie, ale w kreskówce i dopiero potem została zaadaptowana do toczących się na papierze historii, krok po kroku i z dużą ostrożnością. Gdybym miała wskazać, co sprawiło, że zwyciężyła tam, gdzie wielu przed nią poległo, czyli w walce o serca czytelników, stwierdziłabym że chodzi właśnie o jej unikalność wplecioną jednocześnie w pewne ramy oryginału. Jest wszystkim tym, czym Logan nie jest, drobną dziewczyną, nastolatką, która nie do końca radzi sobie z koegzystencją ze światem (naprawdę nie często spotyka się w tej branży kogoś, kto się tnie), a jej dzieje są przejmujące i angstowe w miejscach niedostępnych dla faceta pokroju genetycznego pierwowzoru (i vice versa). Przy tym, podobnie jak w jego przypadku, naukowcy próbujący zrobić z niej broń idealną bardzo skutecznie spaprali jej życie i zajmuje się dokładnie tym, czym dawca połowy jej genów, perfekcyjnym "robieniem rzeczy, które nie są miłe".

Ups, znowu odleciałam w dygresję. To co chciałam powiedzieć, to to że trzeba mieć naprawdę solidny i nowatorski (o ile coś takiego jest możliwe po post-modernizmie) pomysł, żeby udało się wprowadzić zwierzęcego bohatera, unikając zaszufladkowania jako kopia czegoś, co już było. Ale samo to nie wystarczy do tego, żeby omotać odbiorców. Tu przydaje się jeszcze poruszenie jakiś nut emocjonalnych. Zaryzykuję twierdzenie, że powołując do życia bohatera nie-antropomorficznego warto sprawić, by przypominał on prawdziwe zwierzę, zachowaniem, układem ciała, gestami, tak by można go było łatwo porównać do pupila własnego lub znajomych/rodziny/sąsiadów i dostrzec ewentualne podobieństwa. Siła asocjacji jest wielka. No i na miłość boską, przede wszystkim niech to nie będzie po prostu człowiek o innym kształcie, myślący i działający jak cała reszta ludzkości, bo to już zupełne mijanie się z celem.

Następnym razem… kucyki!

2 komentarze:

  1. No tak, z miliard razy się przymierzałam do skomentowania, ale najpierw notorycznie tonęłam w dygresjach. (Nie wiem, jak długo skakałam z jednej strony na wikipedii na następną, ale już nigdy nie będę naiwnie twierdzić, że wiem coś o X-men, czy Spidermanie. Oprócz tego, że kreskówki z lat 90 to była porządnie "oswojona" wersja. _-_, (Scott, you bastard!)) Potem zaczęłam znienacka oglądać "X-men Evolution" na nieocenionym YouTube, a na końcu mój laptop stracił cierpliwość i odmówił współpracy... (Po dwóch serwisowaniach postanowił najwidoczniej się jeszcze trochę wysilić, co przyjmuję z należytą ulgą i wdzięcznością.) Kot jest fascynującym stworzeniem i zamierzam go studiować uważniej w nienajdalszym czasie. Tak, nade mną też roztoczył swój podstępny urok. Nie obawiam się co prawda kwasu, ale myślę, że pazurami może mi się oberwać. No i zmniejszy wartość moich lalek w przypadku odsprzedaży. Ale never mind! No dobra, chyba się trochę późno robi i zaczynam bredzić. Wniosek jest jasny: już perspektywa kota, nawet nie obecność, robi wodę z mózgu. Kot ma łatwo, bo potem tylko odkrywa Twoje punkty witalne, przynosi ze dwie głowy konia... tfu, myszy, w ramach ostrzeżenie i... Może się zabierać do roboty.

    Generalnie, Twój post to była naprawdę porządna pożywka intelektualno - poznawcza. Co prawda, tonąc w odnośnikach, miałam lekki problem z odbiorem tekstu, jako całości, ale myślę, że mu to za bardzo nie szkodzi. Ani mi. Bardzo mi się podoba końcowy wniosek. Trafiłaś w samo sedno problemu autorów, którzy się decydują na zwierzęcych bohaterów. Była taka książka Tada Williamsa "Pieśń łowcy", gdzie historia była właśnie opowiadana z perspektywy kotów. Książka miała świetne opinie, ale ja nie przebrnęłam. Właśnie dlatego, że po odjęciu tych kotów, nic tam ciekawego, ani nowego nie było. I to naprawdę strasznie naiwne, sądzć, że każda istota musi na miarę swojej świadomości dążyć zachowaniem do ideału, jakim jest człowiek. Lem by to wyśmiał, jak należy. Ja poczekam na kota, który kotem pozostanie.

    Co dziwne, nie mam podobnych obiekcji co do niezwierzęcych zachowań kucyków... :-D Pamiętaj, ja i Wiercipiętka czekamy! :-))

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za wyczerpujący komentarz, tym bardziej, że widzę, że okoliczności mocno nie sprzyjały (biedny laptop, dobrze że postanowił zmartwychwstać).
    Perspektywa kota rozumiem bliska, skoro oddziaływanie tak wielkie? Obniżeniem wartości lalek bym się nie martwiła, przecież i tak byś ich nie odsprzedała. :P

    Hm... Faktycznie nieco przesadziłam z odnośnikami, jako remedium mogę bezczelnie poradzić przeczytanie tekstu raz jeszcze :) Tym niemniej, cieszę się, ze propaguję wiedzę, choćby i tak podejrzanie mało praktyczną. Co do kotów w książkach, pocieszę Cię, że szczęśliwie nie wszystkie przykłady są tak homo-centryczne. Przypomniał mi się pewien epizod z cyklu o Skrytobójcy Robin Hobb, gdzie główny bohater przybywa na dwór po którym panoszą się koty, a że ma specyficzne uzdolnienia, słyszy ich myśli. Takie jak "Uwaga, wchodzę", "Pogłaszcz kota, chcesz pogłaskać kota" i inne roszczeniowe, np. w temacie ryb, tudzież koto-centryczne.

    A jak kucyk jest zielony i ma kolorowy obrazek (tatuaż?) na zadzie, to w sumie trudno określić, jakich zachowań należy się spodziewać. :P

    OdpowiedzUsuń